matka-dzieciom blog

Twój nowy blog

Czas mija, sens pisania w blogu o nazwie matka-dzieciom też…..  Myślę o zmianie. Inne pole, inne tematy – albo temat ten sam – życie.  Bez dzieci (bywają nie są…) tylko we dwoje – miesiąc na miesiąc (bo przecież pływa ten mój..). Dam znać co i jak. Jakby co :-)

O czym pisać ma matka-dzieciom jak dzieci się wyprowadzą…. Ot problem.
Wakacje… Koty – śpią – albo łobuzują. Jak to koty. Małż – pobył i właśnie udał się do pracy. Dół mi się szykuje jak Rów Mariański – bo akurat wakacje i bym jeszcze z nim sobie po okolicach pofruwała… A on sobie pojechał. jak zwykle – nie w porę, za wcześnie…
Pogoda super – jeziora ciepłe jak rzadko. Żagle były? Były. Ale cóś maławo jednak… Dziecko jedno przyjechało – pożeglowaliśmy. Dziecko drugie też chciało – pożeglowało sobie z nami. Koleżankę z klasy zwabiłam na weekend – pożeglowaliśmy. Małż spotkał się z kolegami z klasy (stresował się niezmiernie, bo spotkanie było pierwsze po 30 latach! on tu, oni w Lublinie, jakoś się nie składało). doładował baterie :-)
I finito – Małż sobie pojechał, mi zostało robienie ogórasków na zimę. Po raz pierwszy od dawna zgrały nam się terminy urlopów.. I tak dobrze. Połowa wakacji przynajmniej udana.

Postanowiłam – z musu, bo nie lubię tego jak cholera – odświeżyć umiejętność jazdy samochodem. Zardzewiała ona po 30 latach – oj, zardzewiała…. Nie wiem gdzie się kończę – przód i tył daleko… Na  szczęście nie muszę zdawać prawka – bo mam – a jakże. Na samochód, ciągnik i motocykl. I jeżdżę tylko rowerem.
Ale muszę, bo szykują się częstsze wyjazdy na zadupia kaszubskie – które uwielbiam. Do czasu odejścia na emeryturę powinnam opanować jazdę w tłumie wrogich mi kierowców, z których każdy – jestem tego pewna!!! – chce mnie zabić.
Ma kto jaki sposób?
Na razie przypomniałam sobie jak się śmiga po parkingu (nic jeszcze nie uwaliłam) i nawet zajechałam z fasonem na gdański dworzec – to jest na parking. Byłam też na Oruni. Nic nikomu nie zrobiłam. Jak dotąd.
Nawet nieczęsto zdycha mi przy ruszaniu….

Nie powiem jednak, żeby mnie frapowała jazda samochodem. Czytać się nie da przy tym… Wolę jak mnie wożą.

ONI są wszędzie. Podsłuchują. Nagrywają. Wiedzą wszystko. Przy jedzeniu nie rozmawiać. Z kim w ogóle można rozmawiać… strach.

Jak za komuny człowiek się za pluskwą rozglada… ale wtedy aż takiej techniki nie było jak teraz.  U znajomych wszyscyśmy wiedzieli że mają w telefonie, u innych podejrzany był kontakt. „Mów do lampy” – napominała koleżanka świadoma medialności każdej rozmowy w swoim mieszkaniu i dbająca o komfort pracy podsłuchujących funkcjonariuszy. O sprawach ważnych pisało się na kartkach.

Można się było dostosować – ale teraz? przy tym postępie technicznym????
I na dodatek koło mnie zaraz obok – nowy sklepik się otwiera. Spy Shop – z materiałami detektywistycznymi.

Będzie się działo wśród sąsiadów, oj będzie…

Może i ja nabędę jaką gustowną pluskiewkę? Kamerkę? Co tam ostatnio modne?

Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:

  • Proszę pani – a czy mogę mieć celujący?
  • Nie bardzo…
  • A czemu?
  • Bo dop ci wychodzi ze średniej. I opuszczone za wiele godzin… i w pierwszym semestrze też nienajfajniej…
  • To co mam zrobić żeby mieć celujący?
  • Od początku zacząć.

Czas wystawiania ocen – czas sądu ostatecznego. Ba!
Jak tylko nadejdzie środa i czas końcowej Rady Pedagogicznej – frekwencja zniknie nam jako sen złoty i zostaniemy sam na sam z dziennikiem i kilkoma osóbkami którym nie chce się iść na plażę. Albo których rodzice faktycznie sprawdzają co jest grane – a mamy takich też – chwała Bogu.

Na razie nerwowe przymiarki do ocen, dziennik elektroniczny się wiesza, papierowy dziennik nie chce się z elektronicznym pogodzić za nic.

Arrrrmagedon!

Polska A i Polska B….
Zabory i komuna skończą się, kiedy ta różnica przestanie być widoczna. I jeszcze jedno – co w tych domach się dzieje – skoro młodzież na zapytanie czemu głosowali na pana K-M odpowiadają w większości – że dla jaj???  Jak tak można?
Głosowanie – decyzja o tym co się będzie działo – dla jaj?

No i mamy pajaca. Ech….
Jeszcze wstydu narobi.

Pani z brodą, czy też może lepiej – pan w sukience – wygrywa konkurs. Piosenka taka sobie – ale może szanowne jury wie lepiej. Byli lepsi – lepsze??? według mnie. W tym nasze cycate panny które były i ładniejsze – i lepiej śpiewały.
Zresztą – ten festiwal jakoś mnie omija – naprawdę, wydaje mi się że Sopot za peerelu lepszy był. Że wspomnę panią Japonkę, która śpiewała Jesiennego Pana, seksowną Conchitę Bautistę, i hit absolutny, piosenkę wszechczasów dla mnie – Tańczące Eurydyki. Wiadomo Kto Śpiewał.
A tu jakaś kicha. Kilka fajnych – jednak nie wybitnych – ale ogólnie – kicha.
Jeżeli to mają być najlepsi w Europie – no to sorry.

Wracając do pani z brodą (pana Wurst – czyli Muszelki Kiełbasy – no super pseudonim artystyczny, doprawdy) to wydaje mi się, że najważniejsza jest sensacja i hucpa – nie głos, nie poziom artystyczny.
Ratunku!!!!
Ale może się mylę? Może wiek (ha!!! 60 stuknęło!!) nie pozwala mi docenić  nowych tryndów, i czepiam się jak nietoperz Czterech Pancernych i 07 zgłoś się (w tych starych serialach nawet podkład muzyczny był bardziej frapujący – Korcz robił) i nowe mi nie leży? Bo mi tak pasowało do lat 80 (pankowe klimaty jeszcze jakoś, ale to umc umc potem – nijak).

Popytam jutro młodziaków w szkole – jak oni to widzą.

Bo staram się zrozumiec zjawisko – i nic mi nie wychodzi. Może za stara jestem.

Posiedziałam w autokarze z klimą i ucho mam zatkane. Niby nic – bo nic nie boli, ale przeszkadza.
Poznań poza haniebnym dworcem i kosmicznymi korkami (żeby z ulicy na ulicę przejechać trzeba krążyć po całym mieście) ma cudny Stary Rynek (szczególnie urokliwy wieczorową porą),  i hotele inne niż te do których jesteśmy przyzwyczajeni.
Uroczy Kolegiacki – z prowansalskimi klimatami, pokojami jak bombonierka i z lawendą w doniczkach. Blow up – wyjątkowy – bo sam hotel stanowi dzieło sztuki inspirowane Powiększeniem Antonioniego (daleka inspiracja, ale zawsze), gdzie gość stanowi – że tak powiem – część instalacji. Snobistyczny i nowobogacki designerski – Andersia.
Taki sobie (rozczarowanie!!!) Forza – który reklamuje się jako hotel w forcie, a tymczasem to magazyn wojskowy – a recepcjonista ma dekolt!!!! z falbanką !!!! i rękawek marynarki trzy czwarte – ach!).

Młodzież się naoglądała, bo była to wycieczka studyjna. Tylko jednej pannie cola zaszkodziła, którą to sobie cichaczem wieczorem wzmocniła – kara boska nastąpiła nieuchronnie i jazda autokarem robiła za czyściec i piekło. Dopiero po wizycie u Mieszka Pierwszego i Chrobrego jej przeszło. Nawet nie było mi małpy żal.

Spaliśmy w Puszczykowie, niedaleko muzeum Arkadego Fiedlera. W ośrodku, gdzie panie recepcjonistki miały mundury leśników, drzewa były wszystkie podpisane i nocą nadawał słowik.  W sumie spokojnie było, tylko ta jedna cola…..

Autostradą pomykało się wesoło i szybko – niech mi kto powie że drogi mamy złe to uduszę.

W międzyczasie na Rynku w Poznaniu skończyłam lat 60 i informuję wszystkich zatroskanych (maile i esemesy) że nic się nie zmieniło, co więcej – nie zauważam zmian nie tylko od wczoraj, ale od jakich 15 lat… Poczeka na 70 – może się co zmieni.

Dziesięć lat temu dostałam Unię na urodziny, teraz jakoś świat o mnie zapomniał. Tylko dziecko tort z owoców i galaretki mi sprokurowało. Bardzo dobry.
Mąż mówi coś o reprincie kolejnym jakiego wiekopomnego dzieła. Ale to jak wróci.

Tymczasem – mam wolne – do poniedziałku. Matury!

Uczę się – nie musieć nic. W zasadzie bardzo przyjemne uczucie. Nie muszę gotować – jak mi się nie chce. Sprzątać nie muszę, bo nikt nie brudzi. Pranie – HA!!!!! tylko raz w tygodniu. Zmywarka raz na dwa dni.
Dzieci na swoim – nie muszę myśleć o której wrócą z imprezki. Jedyne co muszę, to ogarnąć kuwetę dwa razy dziennie, żywienie wrzaskunom z saszetek rano dać, wieczorem suchego nasypać, wyczesać i wygłaskać. I sikorkom orzechów podsypać
Tyle obowiązków.
Do pracy, z pracy (maturzyści z głowy – co mogłam to im w łeb włożyłam) i luzik.
Jasne, że tęsknię za moimi córeniami – ale dostosowuję się szybko.
Dwa dni pobyły, spały razem, nagadały się, nakłóciły – pojechały. A ja tylko z kotami zostałam.

Proces dostosowywania zaczęłam od wizyty u strategicznej pani doktor (pora na cytologię, mammografię i badanie gęstości kości), zaniebawem do Pani od pazurków a potem pomyślę co jeszcze na osłodę sobie zafundować.

Na razie przedzieram się przez drugi tom (jest ich 6) „Dzieje uczuć kobiet i mężczyzn” niejakiego pana Besali. Spokój, cisza, tupot kotów.

Jakoś dziwnie.

Święta bez Małża – stanowczo nie! Na szczęście córeńki nie zostawiły starej matki w potrzebie, to znaczy z sernikiem, mazurkami, żurkami, sałatkami i innymi wielkanocnymi przysmakami, przeznaczonymi dla czworga. Jutro pójdą na swoje – Młoda do Warszawy, Starsza na swoje wynajęte…
Cieszę się, że są ze mną. Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do ich nieobecności – strasznie szybko dorosły…

Na razie czytam sobie zaległe, koty odganiam od baranka z ciasta drożdżowego (koniecznie chcą mu uszy odgryźć), karmię moje córki – i odsypiam zaległości. O! i naleweczka aroniowa tegoroczna wyszła doskonale:-)

A w ogóle to okrutnie śpiąca jestem ostatnimi czasy.

Ostatni tydzień pod znakiem „tataratuj”. Kran cieknie, gaz się ulatnia, drzwi się zatrzasnęły, rura zatkana – i tak dalej.
I tata lata – dobrze, że nie do Pcimia tylko na drugi koniec Gdyni. Spełnia się jako ojciec, jak książę na białym koniu zasuwa swoim fordzikiem ratować księżniczkę. W piątek ruszał na ratunek 5 razy :-)

W domu koty patrolują teren – pusto czegoś. Młodsza była tydzień – pojadła, pogadała, badania porobiła.
Brak żelaza (wynik paskudny – norma minimum to 60, a ona ma 29) – nie wiem jak zaradzić poza suplementacją tabletkami. Dieta w porządku – brak przyswajalności nie wiedzieć czemu….
A po lekach boli ją brzuch.
Może poziom ferrytyny by trzeba zbadać. Może selenu podrzucić…. może B12…. Ot, kłopot znowu.


  • RSS